- czyli mój pamiętnik ;)diary |
||||
Mój profil |
||||
menu |
księga gości |
|||
8. CZAREK - HISTORIA MOJEGO TYMCZASOWEGO PSATAK NA WSTĘPIE Jeszcze przed notką chciałam coś napisać. Nie spodziewałam się, że w zaledwie kilka dni moje beznadziejne noty znajdą choćby kilku czytelników, a statystyka wejść osiągnie okrągłą sumkę 100 (aktualnie 115). Jestem wam wszystkim bardzo wdzięczna, bo po raz pierwszy zawitałam w "blog4u", a już znalazłam ludzi, którzy czytają mój blog. Liczę, że będzie tak nadal. Nie po raz pierwszy mam bloga i przyznam, że od kiedy zawsze miałam blogi na onecie, zwykle dostawałam jedynie komentarze typu "fajny blog, wejdź na mój ...", co mnie z deka irytowało. Tutaj się pisze to, co myśli. Ja sama często staram się dawać komentarze, w których piszę od siebie, a nie pod pretekstem zareklamowania bloga. Miałam zamiar "blog4u" jedynie wypróbować, gdyż nie wiązałam z prowadzeniem tu stronki zbyt wiele nadziei. Od kiedy onet zaczął mnie zawodzić, szczególnie w problemach z wyglądem bloga (problem był głównie z przestawianiem opcji i ustawianiem własnego szablonu) poszukiwałam innego portalu, w którym bym mogła zrobić swój blog. Po kilku nieudanych próbach trafiłam tutaj. I to był strzał w dziesiątkę. Ludzie mili i wszystko w porządku. Lubię czytać tu komentarze, wiem, że rzadko ktoś napisze jedynie "fajna notka" czy coś podobnego. Tak więc dzięki wielkie za czytanie mojego bloga i mam nadzieję, że dalej będziecie mnie motywować do pisania w nim ;). Nie zawiedźcie mnie ;D. ____________________________________________________________ CZAREK Mój kochany piesek. Ile ja mogłam mieć wtedy lat? Rok przed wyprowadzką do własnego mieszkania rodziców (wcześniej mieszkaliśmy u babci i dziadka, rodziców taty), więc miałam około 5 lat. Pewnego dnia ktoś z naszej rodziny, nie pamiętam niestety kto, zauważył, że od dłuższego czasu pod drugą bramą naszego bloku siedzi pies. Słodki kundelek średniego wzrostu (Jeśli uda mi się znaleźć jego JEDYNE zdjęcie, wrzucę je na bloga). Początkowo rodzice, a także babcia i dziadek myśleli, że ktoś po prostu na chwilę go tam zostawił, bo poszedł w gości. Jednak czas leciał, a piesek jak siedział, tak siedział. Postanowili go zwieść do mieszkania kiełbasą. Od razu zaczęłam się cieszyć. Skakałam i krzyczałam: "będziemy mieli pieska!", co było moim wielkim marzeniem od dawna, gdyż dotychczas posiadałam jedynie chomiki, które pozdychały, jeden od truskawki, inne bodajże śmiercią naturalną. Tak więc tata wyruszył z kiełbasą, a my siedzieliśmy, oczekując nowego zwierzaka. Tacie trochę długo szło przekonanie pieska do pójścia za nim, a gdy chciałam wyjrzeć, nie chcieli mnie wypuścić, gdyż słusznie uważali, że nie powinnam wychodzić, bo może uciec. Nie wiadomo w końcu, jak by zareagował na małe dziecko. O dziwo, całe to zajście bardzo dobrze pamiętam, tak samo jak historię mojego kotka, którą opisałam w poprzedniej notce. Koniec końców, piesek się przemógł i powoli przekroczył próg swojego, jak się później okaże - tymczasowego mieszkania. Wszyscy się cieszyli i podziwiali przybysza. Wkrótce otoczyliśmy go wszyscy. Ja nawet przyniosłam taboret i oparłam się na nim, spoglądając z wyczekiwaniem na pieska. Młody siedział, nie wiedząc co się dzieje. Postanowiono, że będziemy wymawiać przychodzące nam do głowy psie imiona. Ciekawe, na które piesek zareaguje i, czy w ogóle wymówimy takie, by była z jego strony jakaś reakcja. Po kolei szły różne imiona ze wszystkich osób stojących w kręgu, którego środkiem był biedny piesek. "Maks", "Rex", "Blue" (to ostatnie ja wypowiedziałam, bo tak na imię miał wtedy zmarły już piesek sąsiadki) i inne imiona. Nagle babcia powiedziała: "Czarek". W tym momencie zwierzak zamerdał wesoło ogonem i szczekał szczęśliwie. Podbiegł do babci i od tej pory był jej stałym towarzyszem. Babcia wychodziła z nim bez smyczy, taki był jej wierny. Szedł za nią krok w krok, przez co byłam strasznie zazdrosna, gdyż wyobrażałam sobie, że to ja będę tą "właścicielką, za którą będzie chodził". Miałam żal do babci, że najpierw mi nie powiedziała cicho tego imienia, abym to ja mogła je wypowiedzieć na głos xD. No ale cóż, później to dopiero zaczęło się dziać. Najbardziej śmiać mi się chce ze scenki, w czasie której akurat nie było mi do śmiechu: była zima, trochę śniegu. Ja, jak to małe dziecko, ubrana byłam strasznie grubo i właśnie wyszłam z dziadkiem i psem do parku, znajdującego się blisko domu. Stałam sobie, kiedy to dziadek rzucił psu bodajże jakiś patyk, pies tak się rozpędził, że o mnie, stojącą bokiem zahaczył i runęłam plecami na ziemię. Potworny ból, w dodatku, że pode mną grunt był twardy i chyba były tam jakieś kamienie. Ale teraz się z tego śmieję, jak sobie przypomnę mój lot w powietrzu, kiedy to pies kompletnie sobie nic z tego nie zrobił ;D. Co było dalej? Kolejne dni mijały, a kiedy już było cieplej pies zaczął uciekać. Przy pierwszej ucieczce poszłyśmy z mamą do najbliższego schroniska, jednak tam go nie było. Sam przyszedł. Po następnej ucieczce zastaliśmy go w drodze do działek, ale niepewnie do nas wrócił. Nagle zaginął już bezpowrotnie. Pewnego dnia okazało się, że koleżanka mojej mamy widziała go, gdy wchodził do... nyski (wiecie, wtedy te małe busiki) i co? I odjechał! Żal mieliśmy do tej kobiety, że go nie zatrzymała, skoro wiedziała, że to nasz pies. Przecież mogła go do nas przyprowadzić... Ale może nie była pewna, czy to aby na pewno on, albo też nie chciało jej się szamotać z nim, by go doprowadzić do naszego mieszkania. Nie wiem, czy ten piesek jeszcze żyje, ale miejmy nadzieję, że ze zdrowiem nic mu nie dolega, bo jak się później okazało, trafił do swoich właścicieli, którym się bodajże zgubił i moi rodzice oraz dziadkowie nie raz go spotykali z nimi. Nikt jednak ich nie poinformował, że ten cały czas przebył u nas. My zaś myśleliśmy, że został po prostu porzucony i zdany na siebie. W każdym razie, dobrze, że ta historia tak się skończyła. Ani my się nie martwimy, ani prawowici właściciele ;). Głosuj (0)
|
||||